RSS
czwartek, 13 maja 2010
Wybór imienia. Nie widzę problemu...

Imię. Jakie damy imię naszemu dziecku? Przyznam ze poszło nam to nadzwyczaj gładko i bezstresowo. Usiedliśmy jednego dnia z kalendarzem i przy komputerze. Szybko zaczęliśmy przeglądać strony kalendarza odrzucając kolejne propozycje, które w zasadzie nie były propozycjami. Mi bardzo się podoba imię Amelia i Julia dla dziewczynki, ale wśród znajomych znaleźliśmy chyba trzy Julie i cztery Amelie, dlatego propozycje te zostały odrzucone. Chciała dać tak też na imię dziewczynce, aby zostawić ślad po naszym pobycie w Hiszpanii, gdzie nadal mieszkamy, no i gdzie narodzi się nasze pierwsze dziecko. Kolejną propozycją była Noelia, na którą ja się nie zgodziłem z racji takiej, ze mam jedna Noelie w pracy, nie żebym jej nie lubił, ale nie chciałem nadać córce tak samo na imię. Nagle padło Matylda...Mmmmm...Ciekawie, powiedziałem. Podoba mi się.


Zgodziliśmy się oboje prawie natychmiast bez większych dyskusji.


A gdyby był chłopiec...Tu mieliśmy ogromny problem, bo nie mieliśmy kompletnie żadnego pewniaka. Zaczęliśmy intensywne poszukiwania, które potrwały nam dobra chwile. Filip? Ładne, ale coraz bardziej popularne wśród małych dzieci. Pomyśleliśmy razem, że chcemy dać ciekawe imię naszemu dziecku. Mi po jakiejś chwili na głos powiedziała:

- Marcel! Co Ty na to? Jak Ci się podoba?

- Interesujące. Fajne. Dość oryginalne i brzmi nieźle.

- Więc będzie Marcel.


No i tak został nasz groszek nazwany Matyldą lub Marcelem, do czasu aż się dowiemy ze strony lekarza czy to chłopiec czy dziewczynka. Mi cały czas mówi i to bardzo głośno, że ma od początku ciąży przeczucie, że to będzie chłopiec. I jakoś tak nie bardzo bierze pod uwagę, że moglaby być dziewczynka. Myślę, że to robi trochę podświadomie, że bardzo by chciała córeczkę, a żeby nie było pewnego rodzaju zawodu, nastawia się na chłopca. W przeciwnym wypadku, gdyby jednak okazało się, że jest dziewczynka, będzie mila niespodzianka. Mnie, naprawdę nie robi to różnicy, powtarzam to wciąż, że najważniejsze, żeby wszystko było dobrze, żeby maleństwo i mama czuły się dobrze, żeby nie było żadnych komplikacji, a cała reszta mało istotna.

niedziela, 18 kwietnia 2010
Co nowego

Od ostatniej mojej wizyty wydarzyło się kilka istotnych spraw. Zacznę od tego, że zaczęliśmy informować znajomych no i w końcu też nasze rodziny (według niektórych naszych znajomych, jest to regułą, że biedni dziadkowie dowiadują się najpóźniej), widzieliśmy na monitorze naszego potomka, a w ostatnim tygodniu słyszeliśmy nawet jego bijące serce.

Odkąd tylko dowiedzieliśmy się, że spodziewamy się dziecka, stwierdziliśmy, że dziadków poinformujemy o tym, że będą dziadkami, wysyłając im zdjęcie wnuczątka. Jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy. Na usg wyszło wszystko w porządku, na swój "wiek" mamy prawidłowo rozwijający się płód.

Zaczęło się od tego, że Mi wzięła zwolnienie lekarskie, oficjalnie z powodu zatrucia pokarmowego, które miało ją uziemić porządnie na dobre dwa tygodnie. No, ale wraz z tym jak zbliżał się dzień powrotu do pracy, stwierdziliśmy, że tak dłużej nie można i że musimy w końcu powiedzieć przynajmniej naszym szefowym. Trzeba przyznać, że obie zareagowały bardzo pozytywnie, przy czym chyba szefowa Mi nie do końca zdawała sobie sprawę, jakie są tego konsekwencje, co do dalszej pracy Mi. Nieważne. To nie mój problem. Wiadomo, że mnie to nie dotyka w takim samym stopniu, ale moja szefowa pogratulowała i wyciskała mnie. Tak samo pozytywnie reagowali wszyscy znajomi, chociaż nie ukrywali szoku i zaskoczenia. Teraz trochę żałuję, że nie robiłem im zdjęć jak się dowiadywali o tym, że będziemy rodzicami.

No i w końcu przyszedł dzień badania usg, na którym mieliśmy dostać w końcu zdjęcie naszego dziecka. Kilka dni wcześniej w sklepie wybraliśmy już kartki, które miały polecieć do domów, nieświadomych jeszcze niczego dziadków, wraz ze zdjęciem i listem. Na badanie dojechaliśmy z małym poślizgiem, mimo że wyjechaliśmy z domu ze sporym zapasem, to na drodze dojazdowej napotkaliśmy ogromny korek. Miasto o 9 rano przeżywa poranny szczyt, więc w okolicy szpitala, do którego zmierzaliśmy znalezienie miejsca parkingowego graniczyło z cudem, a atmosfera wewnątrz naszego samochodu zaczęła gęstnieć. W końcu dotarliśmy na parking, ale na wjechaniu do niego nie skończyły się problemy tego ranka, bo aby przejechać do najbliższego wolnego miejsca minęło kolejnych 10 minut. W międzyczasie zdążyliśmy się pokłócić ostro, po czym Mi wysiadła i poszła piechotą sama do szpitala, a ja nadal tkwiłem w korku wewnątrz parkingu...

Dotarłem do szpitala najszybciej jak tylko mogłem, znalazłem gabinet, do którego mieliśmy się udać, ale nie widziałem nigdzie Mi. Po chwili zjawiła się przy mnie, sprawiała pozory obrażonej, ale wiedziałem, że za tą maską kryją się nerwy i niepokój. Zaczęło się oczekiwanie na badanie, kolejka, tłumy ludzi dookoła, lekarzy, studentów medycyny, przemykających korytarzem. Czas mijał i nie było widać wielkich postępów. Po dobrych 45 minutach czekania, wchodzimy do gabinetu, gdzie oprócz lekarza prowadzącego czekał na nas jego asystent plus jedna studentka w zestawie.

Lekarz nas obejrzał, powiedział ze wszystko jest w jak najlepszym porządku, a wyniki badań są zadowalające. Wyszliśmy ze szpitala z wielka ulga i z wielkim uśmiechem na twarzach. Minęły wszystkie smutki i zmartwienia, uspokoiło nas to wszystko bardzo.

Po tym badaniu nadszedł czas na planowanie zakupów, jakie będzie trzeba poczynić. Przerażające jest to wszystko, ale chcemy się ze wszystkim zapoznać dokładnie zanim cokolwiek kupimy. Mówie tu o takich rzeczach jak łóżeczko czy wózek, bo żadnych ciuszków jeszcze nie kupowaliśmy z racji tego, ze jeszcze nie znamy płci naszego potomka. Dowiedzieć się mamy w najbliższym tygodniu, gdzie czekają nas dwie wizyty u dwóch różnych lekarzy, więc jeśli nie jeden to mam nadzieje, że chociaż drugi będzie mógł nam powiedzieć z dużym prawdopodobieństwem czy spodziewamy się chłopca czy dziewczynki. Widzę, ze Mi się bardzo denerwuje i nawet nie stara się tego kamuflować. Boi się, że dawno nie widział jej żaden lekarz, że nikt nie robił żadnego badania poza słuchaniem bicia serca naszego maleństwa (wrażenie oszałamiające - bije w zawrotnym tempie). Uspokajam ją za każdym razem mówiąc, że też nie ma żadnych niepokojących objawów, że nie ma się czym martwić, że brzuszek rośnie prawidłowo - jest coraz większy i baaardzo ładny - nie da się ukryć w żaden sposób, że mamy do czynienia z ciężarną.

poniedziałek, 01 lutego 2010
Pierwsze spotkanie twarzą w twarz.

W piątek był wielki dzień. Pierwsze badanie USG. Pierwsze poważnie spotkanie z lekarzem. Pierwsze nowiny co do rozwoju naszej ciąży. Nie muszę chyba mówić, że Mi była wręcz sparaliżowana przed samym badaniem. Dawno nie widziałem jej tak zestresowanej. Wiem, że nie lubi lekarzy i badań, i wizyt w szpitalach czy przychodniach, generalnie, ale powtarzałem jej cały czas, że to dla dobra jej i dziecka, które nosi w sobie.

- Tak, ale to mnie będą macali, i nie wiem co jeszcze, a nie Ciebie - odpowiadała mi.

- Kochanie, spokojnie - powtarzałem - to wszystko ma wszystkim nam wyjść na dobre, tak?

- No tak - starała się robić dobrą minę i dzielnie to znosić, ale wiem, że ciężko to przechodziła.

Przychodnia, do której zostaliśmy skierowani nie sprawiała przyjemnego wrażenia. Jakoś tak szaro i ponuro, zupełnie nie pasując do otaczającej nas rzeczywistości. Było to dość oderwane od całego świata zewnętrznego. Ale starałem sobie to wytłumaczyć, że nie wszytsko jest tak różowe i kolorowe. Krok przez próg i w poszukiwaniu naszej pani doktor. Wiedzieliśmy tylko, że ma swój gabinet na pierwszym piętrze, więc myślę sobie - schody. W tym momencie Mi na mnie spojrzała bardzo wymownym wzrokiem.

- Kotku to też dla Twojego, Waszego zdrowia. Nie zaszkodzi Ci te kilka stopni, a możemy iść sobie bez pośpiechu, czasu mamy dużo.

- OK. Odparła, chwyciła mnie za rękę i dzielnie zaczęliśmy się wspinać po schodach na piętro.

Wiem, że wszystko do kupy zebrane, mdłości, zmęczenie i nerwy, powodowało, że nie miała najmniejszej ochoty na wysiłek jakim było chodzenie po schodach.

Z klatki schodowej, która była punktem centralnym całego budynku, korytarze rozgałęziały się na trzy strony. Pani z informacji, była bardzo sympatyczna i pokierowała nas tam gdzie mieliśmy już poczekać na wywołanie do badania. Punkt dla przychodni, pomyślałem, gdy zobaczyłem tylko jedną osobę czekającą przed nami, panią z dość widocznym już brzuszkiem. Znaczyło to, że nie spędzimy całego popołudnia i wieczora w kolejce, nie wiedząc czy i kiedy nas szanownie obsłużą. Ledwo usiedliśmy, a Mi zniknęła, bo oczywiście musiała wyjść do łazienki. Siedziałem przed tym gabinetem i po chwili wyszła z niego pielęgniarka asystująca przy badaniach, poprosiła o całą dokumentację panią, która czekała przed nami i dosłownie po minucie poprosiła ją do środka. Sprawnie, powiedziałem sam do siebie. Ale kolejnego punktu dla przychodni nie było, bo pielęgniarka była przerażająca. Mi wróciła, ja nic jej o tym nie mówiąc sam poszedłem do łazienki, bo w każdej chwili mogli nas wywołac. Wracam a Mi do mnie mówi:

- Czemu mi nic nie powiedziałeś, że ta pielęgniarka wygląda jak facet???

- Nie chciałem Ci mówić, bo byś mi jeszcze uciekła stąd. Uśmiechnąłem się i przytuliłem ją.

Pięć minut minęło, pożegnała się już z nami pani, która weszła wcześniej i chwilę później wywołano nas do wejścia do gabinetu. Szczerze mówiąc, to pani doktor, która na nas czekała, nie była ani zachwycająco przyjemna, ani jakoś bardzo wylewna, ale po wyjściu oboje stwierdziliśmy, że jest cholerie konkretna i że to jest jej mocna strona.

Przeprowadziła z nami krótki wywiad, poinformowała o przebiegu badania, a także o kolejnych badaniach, jakim będzie się Mi musiała poddać. Po czym kazała jej przejść do pomieszczenia obok. Pierwsze co mi przyszło do głowy to czy będzie nam mogła nagrać obraz, albo przynajmniej zdjęcie na pamiątkę pierwszego usg. Zapytałem, a pani doktor z rozbrajającą szczerością wypaliła, że ten sprzęt jest tak stary, że nie ma takiej możliwości. Ale pocieszyła, że jak pójdziemy na badanie w szpitalu, to dostaniemy zdjęcie. No nic, nie wszystko jeszcze stracone, pomyślałem. Podążyłem za nią, gdzie już leżała Mi na leżance, a pielęgniarka wylewała żel na jej brzuch.

Ledwo tylko zaczęła badanie, powiedziała do nas - Tu jest Twój mały lokator. I jest tylko jeden. Na co na naszych twarzach pojawiły się ogromne uśmiechy. Złapałem Mi za stopę, a w jej oczach ujrzałem łzy. Widziałem, że cały strach odszedł, że była szczęśliwa.

- Maluch w tej chwili ma 26,5 milimetra długości i wygląda na zdrowo rozwijający się zarodek. A jak się przyjrzycie to zobaczycie jak się rusza.

Rzeczywiście. Dziecko już się ruszało. Miało ogromną główkę, w porównaniu z resztą ciała, ale było doskonale widać, jak leżąc jakby na plecach poruszało nózkami i rączkami. Niesamowite.

Pani doktor w tym momencie zakończyła badanie, zostawiła nas na chwilę samych, Mi wyczyściła swój brzuch z żelu, po czym ucałowała mnie mocno. Wróciliśmy do gabinetu, gdzie dostaliśmy datę kolejnej wizyty, która będzie w kwietniu, żadnych większych obostrzeń nie ma, poza tym, że Mi musi uważać na wszelkie zwierzaki.

Wracaliśmy do domu jacyś tacy rozkojarzeni, miałem wrażenie, że uśmiechy nie znikają z naszych twarzy. Mi siedziała obok mnie w samochodzie, co i rusz smiejąc się na głos i popłakując. Widziałem, że odetchnęłą, ja zresztą też.

 

 

 

niedziela, 24 stycznia 2010
Między jawą a snem

Pierwsze dni po otrzymaniu wiadomości, że spodziewamy się potomka, była dla mnie dość dziwne. Nie potrafiłem sobie znaleźć miejsca w domu, na żadnym konkretnym zajęciu nie mogłem się skupić. Dodatkowym utrudnieniem było to, że Mi musiała wychodzić do pracy, przy czym ja jeszcze miałem kilka dni wolnego, które spędzałem sam w domu. Wtedy dał mi się ostro we znaki brak Internetu, właśnie w momencie, kiedy potrzebowałem szukać odpowiedzi na wszystkie dręczące i niedręczące pytania. Zabijałem czas, oglądając filmy na dvd, jeden po drugim. Nawet nie starajcie się mnie pytać, co to były za filmy, nie pamiętam.

 Pamiętam za to dokładnie, jak pierwszego popołudnia Mi zadzwoniła do mnie z pracy.

 - Co u Ciebie? Jak się masz?

- Ja? Mam się dobrze. Myślę o Tobie, o nas, o tym, co i jak to będzie.

- No i co tam wymyśliłeś? Powiedz mi.

- Nic takiego. W zasadzie to nie wiem, o czym myślałem. Mam wielki mętlik w głowie, staram się sobie to powoli poukładać w myślach. Myślę, że można by to nazwać klasycznym przykładem szoku. Ale daję sobie radę, jakoś.

-  To trzymaj się mocno, zadzwonię jeszcze później do Ciebie – Powiedziała.

Kilka dni z rzędu, budząc się rano miałem dziwne wrażenie, że nie wiedziałem, co było prawdą, a co tylko snem. Było to bardzo surrealistyczne. Każdego ranka chwilę zajmowało mi dojście do siebie i ułożenie wszystkiego w jedną całość.

Ale czas zaczął mijać, zacząłem się chyba z nową sytuacją oswajać. Nie powiem, żeby było to łatwe, bo ma nadejść totalna rewolucja w moim, naszym życiu i nie wiem czy jesteśmy w pełni na nią gotowi, ale wiem, że każde z nas dołoży starań, aby był to czas specjalny, niezapomniany, nasz i tylko nasz. Z drugiej strony obiecaliśmy sobie już wzajemnie, że zrobimy wszystko, aby ciąża, a później dziecko, nas nie zmieniły, abyśmy dalej byli sobą, nie wyrzekali się siebie samych. Dużo pracy nas czeka, to jest oczywiste.

piątek, 22 stycznia 2010
!!!Będę TATĄ!!!

Dokładnie dziś mijają trzy tygodnie od dnia, w którym dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w ciąży. Dokładnie pierwszego stycznia, kilka godzin po tym, jak złożyliśmy sobie noworoczne życzenia, miedzy innymi to, że ten 2010 rok będzie wyjątkowy i przyniesie wielkie zmiany.

Nie było szampańskiego sylwestra z zabawą do białego rana. Ostatnią noc roku spędziliśmy we dwoje (jak się później okazało, było nas już troje), przy lampce szampana i na prędce przygotowanych przekąskach, przytuleni do siebie oglądając film.

Następnego dnia obudziłem się, gdy właśnie Mi wsunęła się do łóżka i przytuliła się do mnie mocno jak jeszcze nigdy. Kilka dni wcześniej poprosiła, abym wracając z pracy, kupił jej test. Ale zaznaczyła od razu, że zrobi go jak będzie na to gotowa psychicznie, no i nie chce, żebym warował pod drzwiami łazienki w oczekiwaniu na wynik. Odpowiedziałem jej na to "Schowaj go więc tak, żebym nawet nie wiedział gdzie jest." Tak też zrobiła. I przez te kilka dni nawet o tym nie rozmawialiśmy. Gdy tak leżała obok mnie, ściskając mocno moje ramię, wiedziałem już podświadomie, że właśnie zrobiła test.

- Co się dzieje? - Zapytałem.

- Idź do łazienki - odpowiedziała.

- Zrobiłaś test?

Cisza.

- Kochanie, czy to znaczy, że jesteś w ciąży?

Nie mówiła nic, tylko leżała tak wtulona, trzęsąc się niemiłosiernie. Bez ani jednego słowa, zrozumiałem co się działo. Przytuliłem ją mocno i powiedziałem, że to wspaniała wiadomość i że ją kocham ponad wszystko.

Po tym nastąpiła sesja ściskania, płaczu, uśmiechów, pytań...Aż w końcu wybuchła płaczem, pytam co się stało, a ona na to:

- Bo ja przed świętami przecież brałam antybiotyk, pamiętasz?

- I dlatego płaczesz?

- Bo martwię się czy nie będzie to miało wpływu. Czy dziecko będzie zdrowe.

- Słonko, wszystko będzie dobrze - odparłem. Nie może być inaczej, słyszysz?

W tym samym momencie zauważyłem, jak patrzy mi prosto w oczy i się zaczyna uśmiechać. Bardzo delikatie, ale pojawił się uśmiech na jej twarzy. Nie wiem, czy to dlatego, że tak śmiesznie wyglądałem tamtego ranka, czy powoli dochodziła do siebie. I wtedy zapytała mnie:

- Dlaczego płaczesz? Nie zdałem sobie z tego sprawy, ale zaczęły mi kapać łzy.

- Ze szczęścia. To są łzy szczęścia.

Leżeliśmy tak nadal przytuleni do siebie, rozmawiając, śmiejąc się i płacząc na zmianę, nie wyszliśmy z łóżka jeszcze przez długi, długi czas. W tym momencie żadne z nas nie chciało wypuścić drugiego ani na chwilę. Skończyło się na tym, że zjedliśmy śniadanie w łóżku, wziąłem prysznic i na koniec zrobiliśmy sobie zdjęcie, razem z naszymi dwiema kreskami.